Najpierw chcę odszczekać co pisałem o Maratonie w Bydgoszczy - tam zupełnie nie było błota i do tego ciągle jechało się z górki, a z roweru zsiadałem tylko żeby się odlać.
Słowo ekstremalny po tej zabawie trochę zmieniło znaczenie i już nie będę się wstydził że popijam herbatkę oglądając EcoChalleng. Do treningu koniecznie muszę włączyć pchanie roweru pod górę po płaskim i z góry, bo tą grupę mięśni okazało się że mam zupełnie zaniedbaną. Nie będę narzekał że pada i że lepiej jechać na pola bo w Łagiewnikach jest błoto.
Nie jestem w stanie opisać trasy jak w Bydgoszczy, może tylko parę charakterystycznych obrazków. Walka z naturą była tak ciężka że gdzieś po 20 km zatraciła mi się kolejność wydarzeń.
Na starcie padało równo ale sędziowie nie bardzo chcieli nas wypuścić żebyśmy wysłuchali wszystkich kawałków jakie umiała orkiestra dęta zdaje się kolejarska. Jak już mieli trąby pełne wody i sedzia przypomniał sobie jak się resetuje stoper - poszły konie, no może nie po betonie ale po solidnej grubej kostce granitowej może niezdyt równej, 6 km podjazdu w pionie 300m trzeba powiedzieć że takie otwarcie budzi szacunek.
Wszystkie obrazki z trasy to spojrzenie 58-go na mecie (ale to sędziowie dopiero ustalą) nigdy nie wiem jak to widzi czołówka (może kiedyś ktoś napisze jak wygląda walka z przodu chętnie poczytam). Jechałem już mocno rozjeżdżoną trasą są to plusy i minusy, nie trzeba patrzeć na znaki ale niektóra koleiny trzymają jak Maluch na Gierkówce.
Poniżej wymieniam rodzaje błota po a może w których było mi dane jechać.
Błoto pospolite - to takie w którym chowa się opona i obręcz, stojące (lub płynące ze stoku o nachyleniu np. 25%) pokrywające 60% trasy.
Błoto podstępne - takie które udaje pospolite ale potrafi połknąć piastę.
Błoto właściwe - po wjechaniu w nie rower staje, zsiadamy dalej stoi w pionie i jest na tyle zassany że trudno go wyrwać.
Błoto ukryte - pod trawą (stawiasz nogę na łące i wlewa ci się górą do buta) 35% trasy.
Błoto wulkanizacyjne - z opony 2.1 bardzo szybko robi 3.8 nie mieszczące się w widełkach.
Błoto luźne - na tyle że jest potokiem wzdłuż którego trzeba jechać (sięga do piasty).
Błoto bardzo luźne - czyli rwący potok na tyle głęboki że nie da się go przejechać (głębokość do kolan).
Błota te pokrywały góry niezwykle dzikie nie do porównania z ucywilizowanymi i oznakowanymi Beskiami. Krótkie przejazdy przez wioski to epizody szybko idące w niepamięć w porównaniu z kolejnymi trudnościami.
Oto ich przykłady:
zjazd i podjazd w Spytkowicach trawiastym stokiem narciarskim (zjazd wyesowany taśmami) na mokrej trawie woziło bez względu na reakcje. Na dole punkt żywnościowy. Podjazd mokry jak gąbka pchanie na samą górę (koszmar) potem na górze jazda po przypominającej bagno wysokiej trawie opona i obręcz zanurzona w wodzie.
Dla odmiany podjazd krótkim odcinkiem szosy na jakąś przełęcz z tyłu zostało 60 km walki ledwo to wjechałem na wszystkim co fabryka dała.
Całą trasę czyli 69 km przejechałem w 8h58min (czołówka w okolicy 6h - pewnie niebawem będą wyniki w BikeBoardzie). Na wielu odcinkach przy normalnej pogodzie można by spokojnie jechać ze średniej tarczy a tu widzę paru gości pchających rowery, próbuję walczyć, koło ślizga się w błocie rwie udeptaną trawę często musiałem dołączać do pchających w swoim nieskończonym zrezygnowaniu. Ale jak udało się utrzymać w siodle i pedałach zysk był widoczny.
Jeszcze jeden obrazek - zjazd leśną drogą, kiedyś była to droga teraz rwący potok mijam kolesia który pcha środkiem rowerek woda prawie po kolanka, pyta się jak - "daleko do punktu żywnościowego" odpowiadam -"dwa kilometry", spokojnie stwierdza - "chyba się wycofam".
Na graniach jazda odbywa się w chmurze, ciemno jak przed zachodem słońca zawartość wody w powietrzu 110%. Zapomniałem dodać ze przez pierwszą połowę dystansu padało potem może też ale ta woda z góry nie była problemem dopóki nie zetknęła się z ziemią.
Jak na tak długą trasę mało jest wyrózniających się szczegółów - ciężka rzemieślnicza charówka do następnego punktu żywnościowego. W zasadzie większość trasy jechałem sam nawet jak koło kogoś jechałem rzadko kto przejawiał ochotę do dłuższej pogawędki. Nigdy odległość na liczniku tak wolno nie wzrastała. Ostatnie 10 km naprawdę miałem dosyć. Odwołano drugą pętlę 126km jechałbym ją chyba z 17 godzin, ale nie jechałbym jej nawet jak by była taka możliwość, nie dałbym rady.
Kilka danych z budzików średnia 8.36 km/h na 69km. Średnie tętno 139 w tym 1h8min powyżej 160.
Konsekwencje kontaktu z tymi w/w odmianami błota dla roweru (w moim przypadku przez prawie 9 godzin) są następujące: Mimo wielokrotnego mycia pod ciśnieniem po wyschnięciu jest brunatno matowy. Przednia piasta kupiona dwa dni przed maratonem z trudem się obraca. Wszystkie pancerze zapieczone - do wymiany. Wskaźnik w Rapid-Firerze zablokowany. Klocki w Magurze z tyłu do wymiany, klocki z przodu też. Nowe obręcze wyglądają jak po rocznym przebiegu zwłaszcza tylnia której Magura razem z błotem dała popalić. Łańcuch tak zamulony że nawet po myciu i czyszczeniu nie da się słuchać - założyłem nowy. To na razie tyle co zdążyłem zobaczyć w dzień po maratonie reszta wyjdzie w praniu za chwilę.
(Teraz sobie trochę pomarudzę.)
Dlatego piszę o kosztach eksploatacji roweru bo czas poszukać sponsora - należy do tego dodać koszty podróży, wyżywienia, zakwaterowania no i to kosmiczne wpisowe, a co mamy za to no góry, zieloną koszulkę, błoto, ciasto i banany na punktach żywieniowych dla tych co się nie pospieszą batonów zabraknie (specjalne podziękowania dla Gaździny na ostatnim punkcie żywieniowym za gorącą herbatkę niestety nie góralską). Strażacy myją rowery, trasa b.dobrze oznakowana (mimo to zdarzały się pobłądzenia, mnie też). Teraz odreaguję - "a ja kurde za zajęcie 2 miejsca w swojej grupie nie dostałem pucharka, chyba się popłaczę".
Na szczęście Madzia dostała duży i ładny i trochę kasy i Kuba dostał pucharek trochę mi lżej. Trochę napyskowałem na organizatorów na miejscu ale i tak nie słyszeli tak byli zakręceni w tym całym bałaganie. No i jak zwykle jako super bonus "wspaniała, kompetentna i profesjonalna" obsługa sędziowska. No tylko na końcu a może na początku sami nie wiedzieli kiedy zepsuł się im komputer, zawsze mnie dziwi kto naciska klawisze chyba sam komputer od środka i to kurde jego wina że jakoś się to wszystko nie zgadzało. Organizatorzy zapomnieli o dekoracji juniorów młodszych. Spagetti było duże i smaczne.
Jak już tak pieprzę i marudzę (kategoria M3 mam prawo) to były premie górskie nagradzane finansowo z pieniędzy uczestników nie znam szczegółów ale sądzę że zgarnęli je jacyś kolesie z licencjami, wsiedli do samochodu i odjechali. Dobrze byłoby wrócić do rozdzielenia tych dwóch światów (tak jak w maratonie w Szklarskiej).
Były też przypadki cwaniactwa z okresu komuny pojechać i nie zapłacić, proszę bardzo tylko wtedy jedziemy honorowo nie korzystając z punktów żywieniowych ale pewnie nie mam racji.
Reportażyk dedykuje Dobsowi, któremu palec Boży popsuł silnik w Tracku i ominęły go te wszystkie przyjemności.
Zdjęcia łódzkich uczestników maratonu bedą jak dostaniemy obiecane dyplomy ze zdjęciami, a wyniki jak je ustalą sędziowie z organizatorami i komputerem i ukażą się w mediach.
Już jest pierwsze zdjęcie ze strony Danielek.
Oficjalne wyniki już są (he..he..he..) Ziółek nie jechał a ja jestem ostatni (na jednej stronie 78 na drugiej 72) a gdzie ci faceci co dojeżdżali jak jadłem spagetti? No ale mówi się trudno oficjalne to oficjalne możecie mi od dzisiaj mówić Mikołaj Czerwona Latarnia.
MM czyli Marudny Mikołaj Czerwona Latarnia
(plecy mnie bolą)
może ktoś napisze coś ciekawszego
|
Jest sobota południe - pada. Przyjeżdża Dods wrzucam rower, jedziemy po następne dwa rumaki, pakujemy, przekładamy tekturami niech się nie porysują. Jedziemy - pada, a nawet leje wycieraczki pracują bez przerwy. Bydgoszcz, trochę szukamy ale w końcu jest Myślęcinek (dobrze że są komórki). Wjeżdżamy na teren parku, z daleka widać na ostrym zboczu tor dualowy (niezły) że też pozwolili im rozkopać takie ładne górki w parku jak cukiereczek. Tniemy przez trzy zakazy wjazdu, jest transparent "start" jest też Tomek, straż miejska trochę się burz i za karę nas i kilku innych łamaczy przepisów prowadzi do miejsca zakwaterowania okrężną drogą (normalnie 300m) na końcu też razem z nimi łamiemy już tylko jeden zakaz wjazdu - ciągle leje.
Miejsc do spania oczywiście zabrakło ale kilka dowcipów i panie miękną dostajemy łóżka polowe na dostawkę do 11 osobowego pokoju będzie problem je tam rozłożyć ale to problem na wieczór. Wprowadzamy rowery cały hol na dole zawalony motocyklami dualowców, którzy zeskrobują z siebie błoto po treningu. Budynek świeżo po remoncie kafelki, duperelki, drewienko, wszędzie plansze ekologiczno-biologiczne administratorów lekko zamurowało beztroskie traktowanie otoczenia. Wygłądają jak ten jeleń co go wypchali i powiesili na ścianie i wypchany orzeł bielik którego w rogu już nie widać zza rowerów - a tu pada dalej, oj będzie wesoło. Wszyscy kręcą się koło sprzętu miło popatrzeć na czym męczy się konkurencja. Dobrze że mamy coś na ząb bo nic nie można tu kupić, czekamy na odprawę i możliwość zapisania się, maniana organizatorów kończy się sympatycznie dostaliśmy po dwa herbatniki też nieźle. Płacimy bierzemy numery idziemy rozkładać łóżka jakoś się udało chłopaki się nie krzywią chociaż przejść trudno. Noc spokojna nikt nie chrapał tylko jeden przeżywał i trochę pojęczał.
Szósta rano ktoś zadaje fundamentalne pytanie "pada" o dziwo nie chociaż chmury ciężkie jak rower z supermarketu. Maratończycy pomału zaczynają się szykować - najpierw klocek i mycie dupy, potem w co się ubrać, co wziąć na drogę, co do bidona, parę spacerów do roweru coś tam jeszcze poprawić, posmarować pomału atmosfera zaczyna się zagęszczać (wcieranie kremów i żeli rozgrzewających). Start o ósmej, w pełnym rynsztunku jedziemy na start - zimno koszmarnie ale nie pada.
Z daleka już widać że start o ósmej się nie uda, długa kolejka tych co przyjechali z rana i chcą się zapisać, żeby nie zamarznąć zwiedzamy park. Magda trzęsie się stojąc w kolejce, przyjechał też Ziółek i Kuba szykują maszyny. Parę komunikatów w miedzy czasie o oznakowaniu trasy no i że start ostry będzie po przejechaniu Bydgoszczy w asyście policji. W końcu ruszamy podobno jest nas ~160 nieźle. Przyjemny szum opon, radiowóz z przodu za nim ścigańci nadają tempo przez las 25 po mieście pond 30 bardzo szybko wszyscy osiągają właściwą temperaturę nareszcie ciepło. Co chwilę ostre hamowanie bo ktoś za mocno zarybił albo się przestraszył, aż dziw że przez te 16km nie udało się zrobić ładnej "kupy".
Radiowóz odjeżdża kończy się droga wpadamy na łączkę, paliki taśmy ustawiamy się do startu ostrego jeszcze tylko ostatnie nerwowe sikanko i ruszyło. Singeltrack pod górę, trochę przepychanki staram się trzymać Magdy, Dobs już odpalił do przodu. Trochę się rozluźnia, już się nie zatyka na podjazdach i nie trzeba zsiadać z roweru (teren jak w Smardzewie). Wpadamy do płaskiego lasu dochodzę Dobsa dajemy równo mijając małe grupki, co się teraz urwie to nasze. Wypadamy na szosę jakiś koleś siedzi nam na dupe i się oszczędza, okazuje się że urwał pedał i ciągle zsuwa się mu z ośki (przykrość). Koniec krótkiego asfaltu powtórka ze Szklarskiej kilometr po podkładach potem drugie tyle obok torów po trawie, dalej sporo wąwozików parę zaskakujących zjazdów po liściach. Dochodzi nas Magda. Znowu trochę płasko i przed nami spore wzniesionko sztywny podjazd po kamieniach i płynącej wodzie (semislicki buksują).
Prawie pod szczytem punkt żywnościowy i pierwsza kropka (niebieska) na numerze. Dwa banany i jeden żel wciskam w kieszeń dwa do paszczy, jeszcze krótko pod górę i ostry zjazd po trawie (sprowadzam) kilku próbuje zjechać ale nie są w stanie skręcić na dole i tną w zaorane. Z przeciwka wpychają na górę sprzęt ci co pomylili trasę i wracają po kropkę na numer. Trasa była bardzo dobrze oznakowana żółtymi taśmami ale jak ktoś za bardzo spuścił łeb w nieodpowiednim miejscu i źle skręcił to reszta poszła za nim. Ten punkt kontrolny ominęła też szpica ok. 10 osób ale że mieli i tak dużą przewagę dołożenie 3 min. kary nic nie zmieniło. Po zjeździe krótka grań z kolczastymi krzakami i dalej bardziej płaskimi polami.
Uczepiłem się Magdy i "17 z gór", jadą sobie laski po błocie i plotkują, staram się utrzymać ale "17" ma kopyto o Madzi nie wspomnę, na jakichś śliskich kamieniach znowu muszę prowadzić koła nie mogą złapać oporu. Potem kilka kilometrów po zupełnie płaskich polach lekkie błoto i trawa a na końcu niespodzianka rozległy i niezbyt głęboki wąwozik ale maszyny rolnicze zrobiły w nim istną błotną jatkę. Zjazd po szerokiej na 6 m drodze wypełnionej 20cm warstwą błota o konsystencji śmietany (czas coś zjeść) bez żadnej możliwości ominięcia. Tylko się nie przewrócić bo jak zaschnie to zesztywnieje jakbym wypadł z betoniarki, woziło mnie od bandy do bandy ale udało się. Niestety kilku kolesi którzy chcieli wziąść to na prędkości umoczyło ryja nie zazdroszczę. Jeszcze trochę pól - dochodzę Magdę i "17" 300m szosy skręcamy w prawo trochę podjazdu i ci co byli przed nami zawracają, wracamy coś nie tak ale przy szosie taśma w prawo część jedzie szosą, wracamy sprawdzić jeszcze raz (stary grobowiec i ściana).
Magda miała racje trzeba było za stadem po szosie. Za zakrętem jest taśma i na okrasę cały wianuszek niespodzianek. Z szosy w dół pod mostek gdzie niewielkim spustem którym płynie strumyk (ciemno jak w dupie woda do kostek, kamienie liście) poszło. Chce wsiąść na rower ale ci przede mną gdzieś znikają, parę kroków dalej głęboki jar podniosłem rower starałem się postawić nogę i już jestem na dole, przeskakuję strumyk i gliniana ściana już nieźle wyślizgana. Mam potworne kłopoty żeby wtaszczyć rower na górę (przydały by się kołki w butach). Cały zabłocony (każdy but 3kg) o wpinaniu można zapomnieć. Otwiera się całkiem pokaźny wąwóz (Beskidy) cały czas podjazd masa poprzecznych strumyków zwalonych drzew a żeby było przyjemniej pokryte to wszystko biało-fioletowym kwieciem.
Tu już się nie da ze średniej, końca nie widać. Mijam młodzieńców mocno zrezygnowanych, większość docenia bez uśmiechu wagę swoich bujanych rowerków jeden próbuje dokopać się do swojej tarczówki, w miejscu gdzie kiedyś była jest teraz bryła gliny. Na końcu b.stromo ale się uparłem, dwaj aborygeni z PGR-u popalają i komentują sobie beztrosko i głośno sytuacje na podjeździe. Koniec wąwozu chłopcy stoją w kolejce do szlaucha , jest co myć też staje dojeżdża Magda mówi że nie warto myć tym razem słucham babskiej intuicji (miała rację).
Tylko krótki oddech i następny wąwozik trochę krótszy ale na deser 300m w poprzek oziminy mokrej jak gąbka. Po środku tej całej zabawy stoi Dobs i wydłubuje niewyrośnięty chlebek i glinę z kół zniknął mu prześwit miedzy kołami a widelcem i stanął. Mimo pozorów tu się semi-slici sprawdziły. Na oziminie stoi facet ale bez wideł więc jadę, mówi że po szosie do Chełmna 8-12km (łgał jak z nut ale podniósł na duchu). Rzeczywiście szosa wjeżdżam w każdą kałużę żeby jak najszybciej pozbyć się błota. Trochę mnie poniosło Magda i Dobs zostali. Szosa sobie idzie dalej ale trzeba w lewo (podnoszący na duchu napis Góra Wawrzyńca), kogoś dojeżdżam pod lasem stoi samochód jest góra i bikerzy popijają z bidonów wypinam nogę chcę stanąć ale to jacyś miejscowi maniacy na pikniku pokazują że zjazdem w dół. Jest taśma jest zjazd całkiem konkretny i mocno używany korzenie, wybite dziury. Nie jadę go zbyt odważnie ale nikt mnie nie goni.
Chwila spokoju i to samo tylko w górę nawet się nie napinam prowadzę, w połowie zjadam banana i wciskam żel. Magda już dojechała ale będzie sikać więc odjeżdżam. Na liczniku już 60km a Chełmna nie widać tylko Wisła płynie z lewej sporo w dole. Pomału robi się z górki wyjazd na szosę pięknie asekuruje radiowóz. Teraz to co musiało nastąpić podjazd na rynek w Chełmnie trochę ciężko ale zaraz będzie bufet. Na każdym skrzyżowaniu policjant albo strażnik miejski, mimo braku ruchu - wzorowa obsługa. Bufet druga kropka na numerze tym razem zielona, dużo jem i piję.
Druga część maratonu ma być podobno lżejsza - pocieszam się po cichu. Dojeżdża Magda i Dobs czekam jak podjedzą. W dół przez miasto i mostem przez Wisłę. Następna niespodzianka przygotowana przez organizatorów - jazda po wale przeciwpowodziowym, wiele kilometrów po poprzerastanej trawie żadnej ścieżki. W dole obok wału szosa płaska jak stół na pierwszym zjeździe nie wytrzymuję i już jadę szosą. Bark pomału mi stygnie.
Jadę sam gdzieś moi zostali z tyłu. Po wale tnie zawzięta "17" wołam ją na dół odkrzykuje że boi się sędziów, ale ja wiem że sędzia też człowiek i by zamarzł na tym wale więc go tam nie będzie. W końcu "17" pęka każdy by pękł, dogania mnie gdy znowu trzeba wjechać na wał bo szosa się kończy, na szczęście już są płyty betonowe. Dołącza się jeszcze dwóch młodziaków, daje zmianę po jakimś czasie "17"-ce jest za wolno wychodzi na czoło za nią młodzian i dopieprzają tak że się tylko po cichu modlę żeby tylko wytrzymać. Ale to dopiero początek, "17" pyta czy ktoś ją zmieni bo jakoś długo nie było chętnych (po prostu się nie dało) koleś co był za nią depnięty na ambicje daje zmianę jest już 28km/h po płytach koleś z tyłu mięknie ja i "17" pomału odpływamy. Dojeżdżamy młodziaka w koszulce Gianta zjazd z wału asfalt mała wioska wszyscy odpuszczamy i dajemy po bananach.
Sztywny podjazd po kocich łbach z "17"-ki wyszła zmiana na wale i daje z butai. Pagórkowate pola i laski ze zdziwieniem stwierdzam że zamiast coraz gorzej czuję się coraz lepiej młodzi tną mnie na zjazdach ja wciągam ich na górki. Dosyć stromy i długawy podjazd, młodzież wymięka na małej ja ciągle jadę ze średniej, na górze bufet i ostatnia kropka (tym razem czerwona) podjeżdżam i gawędzimy.
Podobno jeszcze 35 km staram się uwierzyć ale też tyle wychodzi z licznika. Jedziemy dalej teren spokojny "17" coraz częściej melduje ile jeszcze do końca trochę ją zamuliło. Spokój zakłóca niewielki wąwozik wybrukowany tak że każdy kamień czeka żeby rozwalić ci oponę, mokro i ślisko. Młodych poniosło dojeżdżam "17" wyciąga dętkę koleś tak złapał gumę że zdjęło mu oponę i ma w środku pełno błota. Giantowiec pojechał na chwilę stanąłem ale mają wszystko jadę. Jeszcze trochę błota i szosa idzie dobrze wiec kręcę. Dosyć dużo tej szosy zaczyna być nudno czasami na horyzoncie widzę "giantowca". Wisła z lewej, zjazd z szosy i dosyć urozmaicony teren, a z prawej wysoki wał nadwiślany - kiedyś trzeba będzie go podjechać. Znowu szosa "giantowiec" coraz bliżej no i to co trzeba podjechać znak drogowy ostry podjazd i koleś z przodu się męczy jadę miękko. To nie początek organizm puszcza mnie tylko na tętno 160. Ciągle szosa jadę za "giantowcem" 50m nie dojeżdżam bo może nam odbić. Na drogowskazie 11km do Bydgoszczy ale licznik mówi że jeszcze ~20 km. Wjeżdżamy do lasu kogoś mijamy podjeżdżam i sporo gawędzimy bo płasko.
Zaczyna padać. Teraz anegdota dla szosowców. W rozmowie mówię że jestem z Łodzi na to pada taki tekst "a to tam jest ta grupa szosowa do której dołączyli chłopcy na góralach i tak z nimi jeździli że ich teraz koszą na grubych na szosie" trochę go próbowałem wyprowadzić z błędu ale tak nas widzą w Polsce. Wniosek jeden szsowcy na zawody. Gadu, gadu a tu zaczęło padać i tnie coraz lepiej. Zakręt i poznaję drogę którą jechaliśmy na start ostry i wiem że to jakieś 8 km. To tak jak wiem że zaraz będzie Fred i wytrzymam wszystko, Trochę przemiękam ale noga podaje coraz lepiej koleś wisi na kole, nagle mówi że ma flaka (może miał) pytam masz zmianę - mam. Jadę dalej sam przed dojazdem do mety rozbujałem się do 28 km/h a tu niespodzianka końcowa trzeba jeszcze wjechać po trawie na górkę dualową taka atrakcja dla kibiców których niestety brak. Jadę tylko początek resztę prowadzę i meta jeszcze tylko krótki opieprz sędziego który gdzieś się schował w suchym namiocie a ja zapłaciłem żeby stał i czekał na mnie. Patrzę w jego kajet jestem 40.
Idę na grochówkę, zjadam jeszcze kawałek ciasta i jadę się przebrać. Czuje się podejrzanie dobrze, myje rower patrzę na zegary średnia 16.93 km/h, średnie tętno 146. Potem już tylko długie oczekiwanie na wyniki i dekoracje. Organizatorzy stanęli na wysokości dużo pucharków i nagród, a jak w przyszłym roku zmienią tego dziadka z gwizdkiem co to podobno sędziował będzie super. Nie znam jeszcze oficjalnych wyników których szukajcie na stronie www.bikeboard.com.pl .
Łódzka ekipa wydatnie zaznaczyła się w maratonie bydgoskim.
Ziółek - pierwszy na 60 km (były to te zdecydowanie gorsze 60km) dalej nie jechał bo go kurcze zmogły.
Kuba - trzeci jako junior na 60km planował tylko 60
Tomek - 9 na 120km przyjechał w czubie
Madzia - pierwsza wsród pań na 120 (tylko 2 laski ukończyły 120)
Mikołaj - trzeci wśród dziadów trzeciej kategorii (M3:49-54lat)
Dobs - niestety miał bardzo ciężką kategorie i na razie miejsce nie znane.
Na koniec to co zwykle, niech ci co nie pojechali żałują, ale da się to naprawić w przyszłym roku.
Zdjęć niestety nie bedzie
Mikołaj
|