Home About Me New Digital Paper Foto Links Contact

"Volare necesse est, vivere non est necesse"
/ Latanie jest koniecznością, życie nią nie jest/
Trawestacja dewizy Plutarcha: "Navigare ..."


Historia Lotniarstwa w Aerokubie Łódzkim

Czas płynie bardzo szybko i z pewnym zaskoczeniem skonstatowaliśmy, że w roku 2006 obchodzimy podwójny Jubileusz. Mija właśnie 30 lat od chwil, kiedy grupa łódzkich entuzjastów rodzącej się nowej formy latania na miękkopłatach, sterowanych balansem ciała, zawieszonego pod trójkątnym skrzydłem pilota, zorganizowała się jako grupa nieformalna i rozpoczęła budowę lotni oraz pierwsze nieśmiałe loty. Miejscem pierwszych spotkań o charakterze organizacyjnym i dyskusyjnym była kawiarnia na rogu Al. Kościuszki i 6-go Sierpnia, natomiast prace konstrukcyjne odbywały się w różnych komórkach, piwnicach i garażach. Potem lokalem kontaktowym była Katedra Geodezji Politechniki Łódzkiej. Po paru latach działań zarejestrowaliśmy się jako Sekcja Lotniowa Aeroklubu Łódzkiego.
Szczególnym zbiegiem okoliczności obchodzimy również w tym roku ćwierćwiecze łódzkiego motolotniarstwa. W 1981 roku, już z bagażem doświadczeń swobodnego latania na lotniach, rozpoczęliśmy budowę sprzętu i loty silnikowe. Młodszym Kolegom godzi się wyjaśnić, że wielu z nas ta nowa forma awiacji nie bardzo się podobała. Bo była to profanacja czystej formy latania, gdzie w ciszy pilot musi się wykazać własną duża sprawnością fizyczną i "walczyć z powietrzem", termiką, niedoskonałością sprzętu i co tu ukrywać ze strachem, siłą własnych mięśni, zaciętością doświadczeniem i siłą charakteru; bez wspomagania maszynami. Ale, ze względów praktycznych w Łodzi położonej daleko od gór czy większych wzniesień, wyjazdy często tylko sobotnio-niedzielne do Jeżowa Sudeckiego, na Żar czy do Bezmiechowej w Bieszczadach były coraz bardziej uciążliwe. Sybarytyzm pokonał romantyzm. Powstała Sekcja Motolotniowa w Aeroklubie Łódzkim, a jedynym romantykiem, który pozostał tylko przy lataniu na lotniach i paralotniach bez silnikowych jest Leszek Pitoń. I chwała Mu za tą nieugiętość. Lechu tak trzymaj!

Tak, że stuknęła nam XXX-tka lotniarstwa i XXV-lecie motolotniarstwa i warto to jakoś podsumować. Ale tu problem. Nie prowadziliśmy Kroniki, z czasem nasza pamięć coraz bardziej szwankuje, część naszych wspaniałych Kolegów tworzących tę historię odeszło na zawsze a inni zmienili zakres zainteresowań i nie mamy z nimi tak bezpośredniego kontaktu.
I dlatego, to co teraz piszę będzie tylko szkicem naszej przygody lotniczej, który mam nadzieję, jak kanwę Koledzy wypełnią kolorami barwnych naszych losów i przeżyć zarówno w powietrzu jak na ziemi.

Po latach, z trudem przypominamy sobie daty i fakty związane z narodzinami tej, nowej w owych czasach, dyscypliny lotniczej. Ale pionierów łódzkiego lotniarstwa dobrze pamiętamy. Do nich należeli: ojciec i syn, Janek i Zbyszek Kminowie, bracia, Janek i Andrzej Szeszko, Witek (Maciek) Tranda, Daniel Zagórski, Lech Pitoń, Krystyna Kocaj, Marek Stasiak, Marek Banasiak, Włodek "Śruba" Szymański i szereg innych entuzjastów, którzy brali udział w konstruowaniu pierwszych skrzydeł i próbowali wznieść się choć na parę sekund w powietrze.
Budowa lotni odbywała się w tym okresie metodą "prób i błędów" z bardzo różnych dostępnych materiałów i teraz krążą na ten temat liczne anegdoty, ale oparte na autentycznych faktach. Na przykład szkielet lotni próbowano robić z bambusu, kijków drewnianych, rurek wodociągowych lub cienkich rurek aluminiowych wiązanych po trzy w pęczki. Natomiast na pokrycia płata wykorzystywano różne tkaniny i folie, które trzeba było w owym czasie "zdobywać" uciekając się do różnych forteli. Mistrzami w tych improwizacjach byli pełni fantazyjnych pomysłów Kminowie, ale właściwie wszyscy wymyślaliśmy różne rozwiązania i nietypowe technologie.

Tak, na przykład pamiętam jak już na dalszym etapie naszego rozwoju zaczęliśmy sprowadzać rury duraluminiowe PA7 o średnicy 40 mm. z Kęt, a produkowane w Imielinie. Kupić ich legalnie nie było można. Ja wydębiłem z Klubu Wysokogórskiego, którego byłem członkiem, pismo, że są one mi niezbędne na wyprawę na Spitzbergen do budowy drabin do przekraczania szczelin lodowych. Chwyciło. I takie rury 6-cio metrowej długości odbierałem na Dw. Fabrycznym w pięknej skrzyni drewnianej, która po pocięciu przez wiele lat mnie i sąsiadom służyła na kwiaty na balkonie. Łódź, jako zagłębie włókiennicze, przez szereg lat była odwiedzana przez kolegów z całej Polski, którzy szukali materiałów na pokrycia. Był taki sklep na Piotrkowskiej, charakteryzujący się tym, że kasa była w okienku wykutym w ścianie, w którym od czasu do czasu można było kupić jedwab produkowany w Pabianicach. Ale ponieważ te tkaniny były zbyt przepuszczalne zostało skonstruowane urządzenie, rynna z wałkiem, służące do nasycania "Caponem". Proces kaponowania wyglądał zabawnie, gdyż tkaninę rozwiniętą z beli po zanurzeniu w caponie trzeba było suszyć na powietrzu, a więc kupa facetów biegła ze wstęgą metrowej szerokości nie pozwalając jej się skleić przed wyschnięciem. Stosowany na pokrycia Torlen miał tę wadę, że był wrażliwy na wilgoć i lotnia zmieniała swoje parametry aerodynamiczne w zależności od pogody, a nawet pory dnia. Były też lotnie kryte folią z których najlepsza była folia ogrodnicza zbrojona wtopioną siatką z nici.
Ale, oczywiście najważniejszą rzeczą było, żeby ten twór naszej fantazji chciał latać. Przy budowie pewne było tylko to, że lotnia powinna mieć dwie krawędzie natarcia, kil, dźwigar (choć nie zawsze, bo pojawiały się "bezdźwigarówy"), sterownicę w kształcie trójkąta u góry maszt czyli słupek a wszystko powiązane linkami. Pokrycie z tkaniny w formie trójkąta i można szukać odważnego, który to oblata. Do pierwszych prób wykorzystywano Chachułę, nasypy kolejowe a wielkie już loty odbywały się na Rudzkiej Górze. Nikt nie zliczy połamanych sterownic, pogiętych krawędzi natarcia i kili, które potem po wypełnieniu piaskiem prostowaliśmy między drzewami. Ale ani siniaki, ani nawet zwichnięcia czy złamania kończyn oraz konieczność nieustannego odbudowywania sprzętu nie mogła nas zniechęcić. My nie przyszliśmy "na gotowe" tak jak nasi koledzy szybownicy czy spadochroniarze, my żeby latać musieliśmy sami do tego wszystkiego dojść. Taki był nasz wybór, takie losy, ale jakaż satysfakcja. Nikt nam nie podpowiadał jak to zrobić i nikt nie uczył nas latania. Stąd i obecnie kłopot z wypełnieniem w dzienniku lotów rubryki: Instruktor.

Tak, jak konstrukcje ówczesnych lotni były unikatowe, tak i ich nazwy wymyślane przez właścicieli były oryginalne. "UFO" Maćka Trandy prezesa naszej Sekcji, "Sun" na którym latali Markowie Stasiak i Banasiak, "Sonia" i "Dudek" Leszka Pitonia, a nazwy pochodzą od imion jego dzieci. Danek Zagórski, który przeniósł się do Łodzi z Wrocławia gdzie należał do grupy UHURU miał najpierw lotnię "Firebird" na której wykonał pierwszy udany lot w Jeżowie w 1976 roku, a potem "Aquille" z pokryciem z czeskiej pomarańczowej folii i wreszcie słynny dakronowy "Pegaz". "OHAR" zbudowany był przez Mirka (ojca) i Jarka (syna) Epplów z Pabianic. A nazwa ta na stałe związała się z konstruowanymi przez Jarka lotniami i motolotniami i jest nazwą firmową. Nieco później pojawiły się takie konstrukcje jak moja "Vega 106 Uni" zbudowana według planów Pawła Wierzbowskiego, później wymieniona na "Zetę" Z-80-B, wspaniałe skrzydło zaprojektowane przez wybitnego aerodynamika małych prędkości, niezapomnianego Doc. dr inż. Jerzego Wolfa "Jurka". Pewną sensacją w owym czasie była lotnia przywieziona z Austrii przez nieżyjącego już architekta i lotniarza Jurka Lewickiego. Była wykonana profesjonalnie, a na dolnej powierzchni pokrycia miała namalowaną, naturalnej wielkości nagą bardzo atrakcyjną dziewczynę. Na tej lotni oprócz Jurka latał Piotrek Zieliński dr chemii, który obecnie od lat pracuje naukowo w Kanadzie i Marek Stasiak pracownik Centrum Badań Makromolekularnych PAN. Niestety lotnia ta dużo straciła, gdy niektórzy pruderyjni koledzy domalowali dziewczynie majteczki. Ciekawe, że wtedy również z niewyjaśnionych powodów pogorszyły się jej właściwości lotne.
W Sekcji panowały wtedy bardzo serdeczne więzi koleżeńskie i atmosfera niemal rodzinna. Regularne zebrania odbywały się w pokoju Leszka Pitonia na czwarty piętrze w gmachu Budownictwa Politechniki Łódzkiej. Trwające do późnego wieczora dyskusje owocowały pomysłami nowych i udoskonaleniami eksploatowanych już lotni, pogłębianiem znajomości teorii, czytaniem sprowadzanego z Niemiec "Drachenfligera" i planowaniem wyjazdów na loty do Jeżowa Sudeckiego, do Przedborza na Żar czy w Bieszczady. Zebrania Sekcji były regularne, a punktualne ich zaczynanie się dopingowane karą pieniężną za spóźnienia. Każdy spóźniony musiał wrzucić monetę jednogroszową do specjalnej przeźroczystej puszki. Kara ta była egzekwowana przez Leszka niezwykle konsekwentnie, a jej szczególne utrudnienie polegało na tym, że nie można było wrzucać monet o innej wartości. Przez wiele lat korzystaliśmy z gościnności Katedry Geodezji nie tylko na zebrania dyskusyjne, ale także z sali w której po zajęciach studenckich rozkładaliśmy lotnie, piłowali rury, szyli pokrycia, zakuwali linki i dokonywali precyzyjnych pomiarów korzystając z wyposażenia pracowni. Dziękujemy za życzliwość i pobłażanie Panu Prof. Przewłockiemu i zawsze gotowemu do pomocy Leszkowi Pitoniowi.
Z wielkim sentymentem wspominamy miejsca w których przeżywaliśmy swoje pierwsze przygody lotniarskie. Przez wiele lat najczęściej odwiedzanym startowiskiem była góra szybowcowa w Jeżowie Sudeckim, będącym przedmieściem Jeleniej Góry. Na jej zboczach, głównie południowym i północnym rzadziej płaskim wschodnim i daleko położoną polanką umożliwiającą starty na zachód wielu z nas uczyło się latać. Loty, a właściwie zloty na dół z odwzorowaniem profilu zbocza trwały na ogół po kilkadziesiąt sekund, a były okupione trudem wnoszenia pod górę targanej wiatrem lotni. Deniwelacja wynosiła około 120 metrów. Na szczęści było na stoku źródełko przy którym wszyscy robili kilkusekundowy odpoczynek. Ale, aby się dostać do Jeżowa trzeba było stoczyć walkę z kolejarzami, żeby zabrali jako bagaż lotnię, która nijak się nie mieściła do wagonu potem jechać całą noc, a w Jeleniej tachać z dworca na górę często na własnym grzbiecie. A, jest to pakunek wyjątkowo niewygodny do noszenia na ramieniu, bo 4 albo 6 metrów długi i jakieś ze 35 kg ważący. Po tych przygodach z transportem lotni z Łodzi w rejony górzyste nasi nieocenieni racjonalizatorzy Kminowie i Pitoń wymyślili lotnię składaną, mieszczącą się na półce w wagonie o nazwie "kolejowa".
Czasami jeździliśmy, "wygodnie", upchani w czwórkę w Syrence z trzema lotniami na dachu i uprzężami oraz innymi szpejami w bagażniku i pod nogami. Brało się też "trzonki" sterownicy, które szły jak zapałki. Nocowaliśmy w hotelu lotniczym, "na półpiętrze", albo na górze w namiotach. W hotelu były jeszcze sprzęty z inicjałami Hitler Jugend. Na górze herbatę i zupki gotowało się na palniku benzynowym. A wszystkim dowodził Tatuś Kmin i Mirek Eppel. Czekało się na korzystny wiatr, a on grał z nami w ciuciu-babkę. Jak ustawiliśmy się na południe to zaczynała wiać północ i odwrotnie albo zachód, a często jeszcze padało i wracało się tym samym sposobem tylko w przeciwną stronę nie zrobiwszy ani jednego lotu. Najczęstszymi gośćmi w Jeżowie w tym okresie byli: Daniel Zagórski, który spotykał się tam ze swoimi przyjaciółmi z Wrocławia, braćmi Olbińskimi, Kminowie, Leszek Pitoń, Piotrek Pastusiak, Mirek i Jarek Epplowie, Marek Banasiak, Jarek Szczakowski, Zbyszek Molenda, Witek Tranda, a także czasem podstarzały już Zbyszek Czerwik ze swoją córką Dorotą. A spotykało się również na tej górze takie ówczesne sławy polskiego lotniarstwa jak: Paweł Wierzbowski czy Józek Korol. Oczy nam wychodziły na wierzch jak ci ostatni zlatywali z góry nie przypięci do lotni a tylko stojąc nogami na poprzeczce sterownicy.
Jednak apetyt rósł w miarę jedzenia. Kochany Jeżów już nam nie wystarczał Rozpoczęła się eksploracja Bezmiechowej. Były to już dłuższe wyjazdy o charakterze obozów. Rozbijaliśmy namioty i po mozolnym wnoszeniu lotni na szczyt latało się zarówno, i to głównie, na południowym stoku jak i na zadrzewionym stoku północnym. Tam to, pamiętam jak Tatuś Kmin wykonał na swoim "Vulcanie" bardzo wysoki lot, porwany może nawet wbrew swej woli przez silny prąd wznoszący. Tam też Piotrek Pastusiak wykonał swój dramatycznie wyglądający przewrót wokół dźwigara z rozdarciem pokrycia, i ta figura lotnicza znana jest obecnie jako "pastusiak". Zresztą, ten numer potem powtórzył i jeszcze żyje. Ten to ma szczęście. Mieliśmy co prawda jeden epizod szpitalny Zbyszka Kmina, ale wszystko dobrze się skończyło, musieliśmy tylko jeździć do szpitala na odwiedziny, co dodało powagi naszym wyczynom i nobilitowało nas wśród nielotów.

Równolegle z Bezmiechową , a może nawet wcześniej zaczęto wyjeżdżać na tak poważną górę jak Żar. To było już poważne latanie. Można było wykonywać długotrwałe loty na żaglu i zmierzyć się z najlepszymi. Na Żarze odbywały się lotniowe Mistrzostwa Polski i stąd rozpoczynały loty rekordowe na odległość i długotrwałość lotu. W pierwszych Lotniowych Mistrzostwach Polski brał udział Daniel Zagórski. Przy okazji przeżył stres, gdyż okazało się, że lotnia pojechała sobie dalej pociągiem, bo kolejarze zapomnieli jej wyładować. Z pomocą zjawił się Piotr Pastusiak, posiadacz ekskluzywnego motocykla "Jawa", na którym udali się w pogoń za lotnią do Żywca. Żar ma swoją piękną ale i tragiczną historię. Nas na szczęście te najgorsze wypadki ominęły, a pozostały miłe wspomnienia. Tu w Mistrzostwach Polski startował także Leszek Pitoń. Ale wśród wielu anegdot warto przypomnieć jak Lech w jednym ze swoich lotów chcąc maksymalnie wydłużyć czas lotu nie doleciał do lądowiska, a wodował w jeziorze Międzybrodzkim. A, jak to góral, nie umiał pływać. Na szczęście woda w tym miejscu nie była głęboka i lotnia oparła się sterownicą o dno. Latali tu i Daniel Zagórski i Piotrek Pastusiak i Jarek Eppel.
Niestety dla większości z nas lotniarstwo jest już kartą zamkniętą. Pozostały wspomnienia. W ubiegłym roku zjechaliśmy do Jeżowa na dwudniowe spotkanie na "naszej górze". Pogoda uniemożliwiła nam zmierzenie się ze stokiem, choć mieliśmy ze sobą lotnię. Chodząc po stoku oglądaliśmy wszystkie zapisane w pamięci miejsca, przez niemal całą noc oglądaliśmy przywiezione przez kolegów zdjęcia i przeźrocza i snuli nie kończące się opowieści przy kuflach z piwem. Na pewno, w tym roku Jubileuszowym, powtórzymy takie spotkanie, może nawet w liczniejszym gronie.

Zbigniew Czerwik

about